Redaktor – Weronika Tulin ( R )
Grzegorz Halama (G)
R: Teatr, stand-up, śpiewanie – co sprawia Ci największą
frajdę?
G: Trudno powiedzieć, że coś sprawia większą a coś mniejszą
przyjemność, ponieważ jeśli mam dużo kabaretu to tęsknię za śpiewaniem,
stand-up’em, teatrem. Kiedy spełniam się w teatrze to tęskni mi się za
stand-up’em. Obecnie gram w teatrze Capitol. Najczęściej jednak występuje z
programem stand-up’owym, więc raczej nie może mi go brakować, bo mam go w
nadmiarze.
Natomiast każda forma wnosi coś innego. Zacznijmy od
śpiewania – to jest moja pierwsza miłość. Gdy byłem mały chciałem być wokalistą
takim jak John Lennon. Śpiewanie zawsze było bliskie memu sercu. Kocham muzykę.
To jest coś przewspaniałego. Zwłaszcza, że komponuję, wymyślam, piszę teksty
utworów, które wykonuję podczas swoich występów. Mimo iż w Polsce stand-up’owa
formuła zwyczajowo nie przewiduje śpiewania, to ja jednak będę to robił. Mam w
planach wydać płytę po to, aby skorzystać z mojego lekko zaniedbanego talentu.
W stand up’ie jestem jednocześnie pisarzem, reżyserem,
choreografem i aktorem. Od początku do końca dbam o ostateczny kształt tego co
robię na scenie. Zupełnie inną przygodą jest teatr, gdzie mam gotowy tekst, są
aktorzy – co za tym idzie więcej jest pracy zespołowej. Przede wszystkim teatr
ma inny klimat, który bardzo lubię. Kabaret czy stand-up w większym stopniu
związany jest z klubem, domem kultury czy imprezami plenerowymi/firmowymi.
Walka o uwagę widza jest tu bardziej intensywna. W teatrze mogą się wydarzać
bardziej subtelniejsze rzeczy. Uwielbiam gdy po dzwonkach robi się cichutko,
wszystko startuje…
R: A reakcje publiczności są dopiero na koniec. W kabarecie
jest ciutkę inaczej.
G: Z tym jest różnie. Aktualnie gram w spektaklu: ,,Dajcie
mi tenora’’ , który jest lekką komedią. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszej
postaci do zagrania niż włoskiego tenora. Ludzie podczas tego spektaklu reagują
na bieżąco, a aktorzy cieszą się gdy reakcje są dobre. W takiej formie
komediowej istnieje jakiś łącznik między światem kabaretu a teatrem.
Podsumowując – w każdej tej działce znajduję dla siebie jakąś specyficzną
radość. Nie lubię porównywać tych dziedzin. W każdej czuję się dobrze. Przede
wszystkim lubię pracować twórczo. Jeśli mi czegoś obecnie brakuje to grania
przed kamerą w filmie czy serialu.
R: Ile w Twoich wystąpieniach jest prawdy a ile fikcji?
G: Poczucie humoru bardzo lubi prawdę. Jeśli przedstawiony
problem na scenie jest wydumany, nieprawdziwy zwykle trudniej napisać taki
skecz. Jest takie powiedzenie, że w każdym żarcie znajduje się trochę prawdy.
Humor najlepszy jest wtedy, kiedy odbija się od prawdy. Istnieje fajne słowo:
surrealizm. Bardzo mi się podoba ten człon: realizm, bo pokazuje, że mimo iż
coś jest nierealne to zakotwiczone jest w rzeczywistości. Program, z którym
występuję na scenie (,,Długo i szczęśliwie’’) jest mocno autobiograficzny.
Iskrzy się od autentycznych przeżyć.
R: Włącznie z tym chodzeniem na fitness?
G: Tak. Wizytę w klubie fitness rzeczywiście odbyłem.
Oczywiście, że podana na sucho jako opowieść nie byłaby taka śmieszna. Po
drodze ubrana jest w dziesiątki dowcipów. Czasem ponosi mnie fantazja i dodaję
coś od siebie. Jednak tego co dokładam od siebie jest może z 20%. Punktem
wyjścia są autentyczne przeżycia. Np. sytuacja gdy wchodzę do klubu zziajany do
klubu fitness lub to, że kobieta kichnęła jest zmyślona. Są czasopisma dla trenujących kulturystykę i
kiedy widzę takie napakowane kobiety na zdjęciach… Rozumiem z jednej strony
pasję, której się oddają i to jest przecudowne, ale jednak obraz kobiety
umięśnionej, z wystającymi żyłami odbiega od klasycznego postrzegania płci
pięknej. No i powiedzmy, że trzymamy się prawdy, bo widząc takie zdjęcie
doznaję jakiegoś szoku poznawczego, że kobieta może pracować na taki wygląd i
być z niego dumna.
R: Każdy ma inne poczucie estetyki…
G: Oczywiście na scenie przerysowuję często takie sytuacje.
Raz tylko w życiu widziałem kobietę, która wyglądała jak facet z doklejoną
głową kobiety. Podżeranie Ptasich Mleczek – zdarzyło mi się to faktycznie. W
monologu o paleniu – mówię najprawdziwszą prawdę i swoje przemyślenia na ten
temat dyskryminacji palących. Kredyt we franku szwajcarskim – też mówię
wszystko zgodnie z prawdą. Włącznie z doświadczeniem z komornikiem.
R: Ojej…
G: Zdecydowanie ojej.
R: Jak się relaksujesz po ciężkim tourne?
G: Po ciężkim?
R: No… każde tourne jest ciężkie ;)
G: Nie ukrywam, że każdy występ zawsze mnie mocno zużywa
energetycznie. Jest piękne powiedzenie pewnego plemienia Indian, które okresowo
wędrowało: ,,Zatrzymujemy się na parę dni by dogoniła nas dusza’’. Bardzo mi to
pasuje do wyjazdów w trasy. Pierwszy dzień po przyjeździe zwykle jestem
przemęczony, niedospany i rzeczywiście potrzebuję, żeby ta dusza do mnie
wróciła. W samej trasie nie czuje się tego zmęczenia, gdyż jednak zadaniowość
generuje duże ilości adrenaliny. Dopiero po powrocie ta adrenalina schodzi i to
zmęczenie jeszcze bardziej się pogłębia. Wtedy najlepiej odpoczywam albo w
małym gronie znajomych, albo samotnie przy komputerze czy przed telewizorem…
Lubię też grać czy na Playstation czy na iPodzie. Lubię się odizolować na
chwilę, żeby znowu zatęsknić za spotkaniami z ludźmi, za tym, żeby znowu tę
energię do ludzi wysyłać.
R: Uwielbiasz czytać książki, a czy masz swój ulubiony
gatunek literatury?
G: Nie mam ulubionego. Lubię dobre książki, czyli takie,
które rzeczywiście się dobrze czyta i które mnie inspirują, które dają mi tę
specyficzną jakość doznania estetycznego. Lubię Cortázara, Kurta Vonneguta,
Henry’ego Millera. Lubię oddać się tym przedstawionym światom i doceniam
książki, które ukazują mi świat w taki sposób, że utożsamiam się z tym co autor
pisze, ale też to jak autor pisze staje się dla mnie odkrywcze. Bardzo lubię
literaturę popularnonaukową. Ostatnio czytałem np. o fizyce kwantowej. Sporo
czytam zdrowotnych rzeczy, ponieważ od zawsze interesowałem się sposobem
żywienia czy utrzymywaniem zdrowia . Poradniki psychologiczne też czytam.
Książki związane z rozwojem duchowym, o pracy nad sobą… Właściwie co mnie
zainteresuje to w tym kierunku idę.
R: Czy tęsknisz za Panem Józkiem?
G: Tęsknić to za dużo powiedziane, bo ten Pan Józek się od
czasu do czasu pojawia. Lubię tę postać. Zawsze dla przykładu mówię, że Charlie
Chaplin stworzył około 100 filmów w jednej postaci i nikt nie ma do niego żalu.
Jest geniuszem i powtarzalność nie stanowi problemu. Oczywiście postać Pana
Józka w pewnym momencie była bardzo zauważalna, modna… Każde zjawisko potrafi
się nasycić. Zwłaszcza, że im większy sukces tym szybciej przychodzi taki
moment, że zaraz pojawiają się osoby, które mówią, że mają tej postaci dość. No
i Pan Józek przeszedł taką drogę od stworzenia do pełnej glorii, chwały i
pojawiającego się już nasycenia. Niestety, w tym też trochę pomagała telewizja,
która zawsze miała zapotrzebowanie na Pana Józka. Czy przez 9 lat nagrywałem
audycje do Radiowej Trójki, gdzie 80% audycji ze 450, to były wywiady z
Józkiem.
R: Pisałeś mi, że było ich 400 a ja byłam w szoku, że aż
tyle…
G: Wszystkich nagranych audycji do radia było około 500. Z
pewnością około 300 audycji to były wywiady z Panem Józkiem. Zresztą przy tych
audycjach współpracowałem z tekściarzami, bo pisanie wymagało poświęcenia
czasu, a że emisje odbywały się w poniedziałki, to ja po weekendzie gdy
wracałem z trase, nie zawsze nadążałem by napisać nowy tekst, dlatego z
przyjemnością współpracowałem z Markiem Grabie, Jarkiem Jarosem czy Norbertem
Urbańskim. Myślę, że wrócę do nowszego Pana Józka, ponieważ on ma masę fanów, a
istnieje tez takie pokolenie, które powoli go nie kojarzy.
R: Tak, tak. Np. moja siostra (16 lat) nie kojarzy.
Niestety.
G: Już w okolicach 20 – 20 paru lat część osób się jeszcze z
tym nie spotkała. Mimo, że w Internecie jest multum filmików z nim. Acz kto
wie… Może wrócę do Józka, może nie…
R: Jak powstawały sceny z Panem Józkiem? Czy jesteś jedynym
autorem jego legendarnych tekstów?
G: Postać ta powstała metodą strumienia świadomości. Miałem
jakiś bardzo mały szkielet opowieści, który trwał np. minutę, a później
wypuszczałem się w improwizację i mówiłem pierwsze co przychodziło mi do głowy.
Jak się okazuje – ta pierwsza myśl podsuwała dość nietypowe skojarzenia. Zwykle
gdy funkcjonujemy społecznie zanim coś powiemy dokonujemy oceny tego czy chcemy
powiedzieć to czy coś innego. Przy Józku starałem się wypuszczać siebie. Nie
ograniczając za bardzo, nie flirtując tego co pojawiało się w głowie. Okazało
się, że mój mózg w locie potrafi jeszcze układać to w jakieś formy konstrukcji
dowcipów komediowych. Taki Józek, który na początku trwał powiedzmy około 3
minut później na scenie przez improwizację rozrastał się do dziesięciu czy
nawet do dwudziestu minut. Jeden trwa nawet pół godziny. To był szczytowy moment
Józka. Kiedy to spora część programu była oparta właśnie na nim. Improwizując
starałem się zapamiętywać te najlepsze gagi i je powtarzać, ale nawet jeśli
cały tekst już był w miarę ustalony zawsze była przestrzeń do tego, żeby coś
jednak tam dorzucić od siebie. Zdecydowanie wychodzi na to, że miewam dobry
dzień na dorzucanie improwizacji, bo zdarza się, że tego dnia na tym występie
akurat…
R: Weny nie ma.
G: No to mówię to co mam mówić, ale zdarza się, że mam
wyjątkową wenę i nagle dokładam trzy czy cztery nowe gagi. Z czasem słabsze
wyrzucałem, zostawiałem te mocniejsze i z biegiem czasu tak się transformował
tekst Józka. Wybitnie była to praca na scenie. Właściwie tekst taki, napisany
na papierze, powstawał gdy była potrzeba zgłosić tekst do ZAIKS’u. Spisywałem
dopiero po roku czy półtorej.
R: Czy to prawda, że napisałeś kilka skeczy Kabaretu Potem?
G: Jeśli chodzi o kabarety zielonogórskie to dużo było
takich sytuacji, w których była współpraca tekstowa. Istniał wówczas Klub
Literatów Zeppelin. W owym czasie byłem partnerem Joanny Kołaczkowskiej,
mieszkaliśmy razem i u nas w domu odbywały się takie spotkania tegoż klubu.
Polegało to na tym, że ktoś przynosił napisaną podstawę, a później parę osób
siadało przy tym. M.in. Władek Sikora, Wojtek Kamiński, Agnieszka Litwin,
Leszek Jenek, Dariusz Kamys… Głównym trzonem byłem ja, Asia i Władek. Zdarzało
się, że z Asią Kołaczkowską pisaliśmy razem jakąś podstawę do skeczów Potem.
Później to szło do Zeppelina. W jakiś tam sposób mój rodzaj humoru poprzenikał
w te teksty. Działo się to od programu: ,,Serca jak motyle’’. Kilka skeczy tak
oficjalnie jest zgłoszonych do ZAIKS’u z tych, których jestem współautorem. Nie
można powiedzieć, że pisałem skecze do Kabaretu Potem, ale fatycznie jestem
współautorem kilku. Oczywiście Kabaret Potem bardzo rzetelnie pracował nad
tekstami, więc później obraz tych skeczy tak się zmieniał. Akurat pamiętam
skecze: ,,Hitler’’ czy: ,,Nie zabierajcie mi liska’’ (o aktorach). W Klubie
Literatów Zeppelin powstawały również teksty dla kabaretów: Jurki, Szum, Ciach.
Często były to skecze bardziej zwariowane, jak skecz z Hitlerem.
R: Jak traktujesz występowanie w reklamach? Akceptujesz
propozycje zagrania w nich tylko przez to, że łatwo można dzięki nim zarobić?
G: To zależy od tego jaka to jest reklama, ponieważ może być
taka gdzie strona zarobkowa jest jedyną moją satysfakcją, ale przyznam
szczerze, że rzadko się zdarzało, że stoję i mówię nazwę produktu… takich
reklam właściwie nie miałem.
R: Była jedna. Z Józkiem.
G: No tak, ale tam też pisałem te reklamy. Kreowałem je.
Była to też praca twórcza. Nie tylko dodanie nazwiska do produktu, ale też
siedzenie i wymyślanie tego jakby to mogło wyglądać. W kreowaniu reklamy drugą
przyjemnością jest praca twórcza, czyli pisanie tych reklam. Stworzenie obrazu.
W większość reklam, w których się pojawiałem byłem także autorem scenariusze
czy reżyserem. Chyba najprzyjemniej robiło się takie filmy viralowe do
Internetu. Np. dla MBanku. Ostatnio z Józkiem też robiłem taką reklamę dla
firmy prawniczej. Oczywiście, że satysfakcja finansowa jest szczególna, bo są
to większe pieniądze, które czasem wymagałyby regularnego występowania przez
trzy miesiące czasem pół roku. Reklama potrafi być również odrębną sztuką. Może
być wyjątkowa, może być fajna. Fajnie wnosić coś. W czasie gdy w Internecie
popularne były moje krótkie filmy naturalnie wydarzyło się, że jakieś firmy się
do mnie zgłosiły, żeby jakiś krótki filmik robić. Zawsze miałem przy takiej
pracy ogromną satysfakcję twórczą.
R: A opowiedz mi trochę o projekcie: ,,Co spotka Pana
Chłodka’’.
G: Zdarza się, że zapraszam do współpracy Marka Grabie. Tego
Chłodka robiliśmy razem. Teksty powstały wspólnie. Zagraliśmy tam. Ja to
wyreżyserowałem. Była to duża przyjemność, bo Marek ma bardzo specyficzne
poczucie humoru.
R: To jest najbardziej abstrakcyjny człowiek, którego
widziałam.
G: Zgadza się. Na scenie często żartowałem, że Marek w
dzieciństwie wpadł do beczki z LSD.
R: Bardzo możliwe.
G: Też mi się tak wydaje. Jego piękny umysł potrafi
generować takie skojarzenia, których nikt inny nie wymyśli. To jest ten
specyficzny styl Marka Grabie. Uwielbiam pracować z nim właśnie z tego względu,
że wtedy dla mnie taka współpraca pozostawia wyjątkowej jakości wartość
polegającą na tym specyficznym poczuciu humoru. Jeśli coś jest bardzo
skomplikowane i abstrakcyjne to sugeruję, żeby albo to uprościć albo znaleźć
coś innego. Marek równie znakomicie operuje czarnym humorem.
R: Jak to było z kabaretem Nowaki? Jaki był Twój wkład w
powstanie tej grupy?
G: Pewnego razu do moich drzwi zapukał Kabaret Profil, w
którym byli Tomek i Kamil
R: Ady jeszcze nie było.
G: Nie, nie. W Kabarecie Profil była inna dziewczyna.
Zapukali do moich drzwi z pytaniem czy mogliby ze mną popracować warsztatowo
nad kabaretem. Mieli fajne założenie, ponieważ Władek Sikora stworzył swój styl
i ma swoje widzenie wielu aspektów. Mój styl i widzenie w połowie różni się od
Władkowego. Tu warto wspomnieć, że mój styl też się ukształtował pod jego
wpływem.
R: Z tego co mi wiadomo wielu artystów ukształtował.
G: Tak, z tym, że ja nie znałem wcześniej Kabaretu Potem.
Gdy zaczynałem odnosić pierwsze sukcesy to nasz współpraca się dopiero zaczęła.
Ja przyjechałem do Gęby jako gotowy kabareciarz. Natomiast Władek ma
niewiarygodny talent do porządkowania wiedzy kabaretowej i z pewnością niewiele
osób wie, ale mnóstwo nazw w kabarecie, których się używa jak np. klasyfikacja
braw – jedynka, dwójka, trójka, czwórka, piątka – wymyślił Władek. On ma
ekstremalną zdolność szeregowania rzeczywistości i zjawisk kabaretowych. To
było bardzo uczące. Zwłaszcza w Klubie Literatów Zeppelin. Na przykład mówił:
,,O, nie pchełkujmy’’ , początkowo nie wiedziałem co to znaczy.
R: A co to jest?
G: Gdy się pisze skecz i on ma konstrukcję, jakąś fabułę to
trzeba się jej trzymać, ale czasem ktoś mówi:,, O! Mam świetny gag, może on
powie to’’. Gag może i dobry, ale kompletnie rozwala fabułę. To jest
pchełkowanie. Kiedy nie trzymamy się tematu, tylko schodzimy na boczne
tory. No i szereg takich zjawisk miało nazwę
i ja się od Władka uczyłem takiej terminologii. Czy nawet próby robiłem.
Ostatnio znalazłem przy porządkowaniu dysku próbę – ja, Marek Grabie i Władek.
Wymienialiśmy się swoim poczuciem humoru, wiedzą i doświadczeniem. Pytanie
jakie było? Bo trochę odbiegłem… pchełkuję.
R: Jak to było z Kabaretem Nowaki.
G: Gdy do mnie przyszli to ja już nie współpracowałem tak
mocno z zielonogórskim zagłębiem kabaretowym. Skupiłem się bardzo na sobie.
Zwłaszcza, że bardzo rozkwitła moja kariera i po prostu bardzo dużo jeździłem.
Gdy wracałem zmęczony po trasie do domu zwyczajnie byłem zajęty życiem
prywatnym. Troszeczkę brakło mi czasu, żeby czynnie uczestniczyć w tych
działaniach Gębowych. No ale przybył Kabaret Profil. Rzeczywiście zaczęliśmy
taką pracę. Ona troszeczkę kulała, ponieważ ewidentnie po jakimś czasie dało
się wyróżnić pewne podziały. Były osoby bardziej zaangażowane. Kamil i Tomek
byli bardzo zdeterminowani, żeby robić kabaret i odnieść sukces.
R: I odnieśli.
G: A inni trochę mniej mieli tej determinacji. Z Kabaretem
Profil pracowałem półtorej roku. Powstały fajne skecze. To była taka praca u
podstaw. Dla mnie to była pierwszy raz okazja, żeby tę swoją wiedzę i
doświadczenie przekazywać komuś. Sam byłem ciekaw na ile jestem w stanie pomóc.
Naturalną koleją rzeczy Kamil i Tomek, któregoś dnia przyszli, powiedzieli, że
chcą odejść z Kabaretu Profil, chcą robić nowy kabaret, chcą ciężko pracować,
odnieść sukces. Ja powiedziałem: ,,Nie ma problemu. Wasz wybór. Ja nie jestem
przeciwko komuś czy za kimś. Jeśli chcecie pracować możemy się podjąć takiej
próby.’’. Tak powstał Kabaret Nowaki. Z tym, że i Kamil i Tomek chcieli jakąś
dziewczynę w kabarecie. Dwóch facetów i kobieta w kabarecie to tak optymalnie.
Wszystko można zagrać. Mieli początkowo jakieś propozycje z zielonogórskiego
zagłębia. Ja im podpowiedziałem, żeby nie szukali tylko, żeby Adę spróbowali
namówić. Ona była wtedy w Kabarecie Babeczki z Rodzynkiem. Ja widziałem ją na
scenie. Zobaczyłem przebłysk talentu. Na moją ocenę miała coś takiego jak inteligencję
ruchową, komediowy potencjał, który jest w ciele. Jest dobry do naśladownictwa,
grania. Udało mi się chłopaków namówić, żeby zaproponowali Adzie dołączenie do
kabaretu. Zgodziła się, ale początkowo pracowała w dwóch kabaretach
jednocześnie. Z Kabaretem Nowaki bardzo pięknie zaczęła się taka praca. Dzisiaj
te metody pracy mają już swoje określenia – mentoring, coaching. Ja im
zaproponowałem pewną drogę i dość konsekwentnie pilnowałem, żeby szli tą drogą.
Duża radość i też pewna ulga, że droga okazała się słuszna i udało się stworzyć
profesjonalny kabaret. W sumie półtora roku pracy, ale bardzo intensywnej.
Spotykaliśmy się po 3-4 razy w tygodniu i cały czas była praca, praca, praca.
Najpierw szczegółowo wypytałem ich o kierunek, w który chcą iść. Kiedy mieliśmy
już plan. Po prostu pilnowałem, żeby praca była intensywna i na temat. Jeśli
mówiłem, że na za tydzień każdy ma przynieść 2 strony tekstu
R: To na za tydzień a nie na za dwa


0 Komentarze